Radość, złość i łzy, czyli 3 dni na parkingach

26.07.2014 parking Bidart – sobota

Ech 🙂 jak ciężko wstać!

Mieliśmy wyjechać z samego rana, jednak do 9 było pochmurnie i wszystkie ubrania mokre. Znowu spimy do 10. Wyszło słońce. Ubrania przewieszone na drugą stronę a my idziemy kupić coś na śniadanko. Zjedlismy pomiędzy palmami patrząc na ocean! Mmm wspaniały widok, nawet kanapka z pasztetem nie smakowala jak kanapka z pasztetem, a jakoś tak inaczej! I to nie przez to,że pasztet wypadł na ziemie;)

Wracamy po. Jest taki upał że postanawiamy poczekać aż wszystko podosycha. Jesteśmy jeszcze we Francji. Jest sobota. Tiry nie jeżdżą do 24. Co to będzie? Lizbona czeka!

Niestety. Cały dzień na parkingu… Nic nie złapaliśmy… Na szczęście w pobliżu biesiadowała grupka kierowców ze Słowacji i Czech. Po krótkiej rozmowie z Pacmanem Paweł wiedział juz co robić i siedział za stołem przy lampce koniaczku, Agata była bardziej oporna chciała za wszelka cenę złapać jakieś auto. Ale nie o to chodzi żeby robić same kilometry, nadała  się okazja żeby poznać życie kierowców od środka wiec Agata uległa 🙂 Zaprosili nas do siebie na piwo, własnej roboty koniak oraz przepyszne placki ziemniaczane i gulasz!!!!

DSC01764

Ostry gulasz i bardzo tlusty! Ale dawnio sie nie jadlo po swojsku! Było bardzo wesoło i miło i na prawdę gościnie i serdecznie! Umówiliśmy się że jeśli nic nie złapiemy to w poniedziałek koło 2 rano jeden z kierowców zabierze nas ze sobą do Valladolid w Hiszpanii.

DSC01762

Po wspólnym czilu rozbiliśmy namiot za jednym z tirów i spać.

 

Dzień 14 27.07.2014 parking Irun i Burgos – niedzielRanek. Wstajemy. Na trawie śpi jeden z kierowców. Inny już wyjmuje wódkę z tira. Ponownie zapraszają nas na wspólną biesiade. Ciężko odmówić dobrego sniadanka ale nie! Czas ruszyć się dalej.

Mijają minuty i godziny. Nic.

Na macie pojawiają się coraz to bliższe nazwy miejscowości.

W końcu! Po kilku ładnych godzinach zatrzymało się małżeństwo! Podwieźli nas do Irun. Niestety wysiedliśmy w mieście a nie na kolejnym parkingu. Jesteśmy w Hiszpanii! 😉

Szybko. Szukamy kawiarni/baru/restauracji z internetem. Coś znaleźliśmy. Po około 30 minutach.

Zamawiamy. Ciężko było dogadać się z kelnerką. Zamówiliśmy zestaw dnia: głodni i lekko zdenerwowani czekany na strawę! A tu szok! No dosłownie szok!  ryż z owocami morza (smakuje jak kurnik, pan obok go polecił, powiedział po angielsku, że będzie to ryż z mięsem… Nie przypadło nam to do gustu), frytki z rybą,  na deser cos w rodzaju zimnego budyniu. To pierwsze to slynna hiszpanska paella, inni sie nia zajadaja ale osobiscie patrzac na noge kraba mie moglismny tego zjesc. Pawel zrobil tylko jedno podejscie, a w sumie dwa na poczatku zjadl jakies miesko myslac ze to kielbaska haha potem sprobowal czegos z muszli! Bleh! Przz caly dzien wycieral jezyk hahaha . Podładowaliśmy sprzęt i w drogę na wylotówkę.

DSC01767Było trzeba łapać za rondem. Po 1,5 h zatrzymał się jakiś chłoèpak. I podwiózł nas na kolejna stację niedaleko Iruna.

 

Tutaj nic. Nasze morale coraz niższe. Spotkaliśmy tirowców Polaków. Poczęstowali nas domowym rosołem co podniosło nas na duchu. Mimo tego ze na stacji było mnostwo tirów nikt nie jechał w nasza stronę.

DSC01772

Na parkingu pojawił się stopowicz z Amsterdamu. To on nas wybawił. My łapaliśmy na wylocie ze stacji. On siedział z kartką przy wejściu do sklepu stacji. Złapał Portugalczyka mieszkającego we Francji. A skąd to wiemy? Bi chłopaki zabrali nas ze sobą! Dojechaliśmy do Burgos. Cala drogę rozmawialiśmy na mega ciekawe tematy!  Stało tam kilka ciężarówek i dużo osobówek. Było koło 2 wiec szybko rozbiliśmy namiot na trawniku i do spania!

DSC01775

 

Dzień 15 28.07.2014. Burgos

Agata: słysysz? To chyba kosiarka?

Paweł: nieee. To tir.

Jednak po chwili okazało się że  dźwięk jest coraz głośniejszy. to jednak kosiarka. Na naszym trawniku! Szybko! Pakujemy się i składany namiot! Pan jeżdżący na kosiarce pośmiał się chwilę i zmienił trawnik. Śniadanie i staramy się coś złapać. Łapiemy na wylocie z parkingu. Mija godzina. Nic. Pojawiła się para stopowiczów z Niemiec. Też chcą dostać się do Lizbony. Łapią pod restauracją. I po pół godzinie złapali… A my? Po po 6 godzinach kombinowania i łapania – nic. Można oszaleć. Pełne samochody osobowe machają i uśmiechaja się do nas. Czasami rozkładają ręce. A te puste – omijają nas szerokim łukiem…

Nagle pojawia się polski kierowca tira! Agata pierwszy raz poszła zagadać. Udało się o 2 w nocy wyjeżdzamy prosto pod Lizbonę! Rozkładany namiot i do spania. Było koło 16.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.